Boguchwała

doc.dr.hab. Irena Bar-Święch

Irena Bar-Święch

    Przerwałam pisanie wspomnień, ale uważam, że powinnnam je kontynuować, skłania mnie do tego wyczytany w Dzienniku Polskim z dnia 21.11.1989 roku artykuł prof. Józefa Buszki, który przedstawia katastrofalny stan finansowy PAU Oddział w Krakowie . Zmuszony zawiesić dwadzieścia kilka swych wydawnictw periodycznych z braku funduszy, wspominając, że w okresie międzywojennym PAU w Krakowie był zamożną Instytucją. Posiadał “trzy majątki“ ziemskie.

    Jednym z tych majątków była właśnie Boguchwała. Ta z folwarkiem Lutoryż. Mój chrzestny ojciec, a stryjeczny dziadek Zenon Turczynowicz Suszycki zmarł 11 maja 1912 roku. Testamentem zapisał  Boguchwałę z Lutoryż  Polskiej Akademii Umiejętności jako jedynej ogólnopolskiej Instytucji pod zaborami.

    Boguchwałą administrował w latach 1907-1913 mój ojciec Wincenty Turowski, który skończył Wydział rolny Uniwersytetu Jagiellońskiego. Ożenił sie z bratanicą Zenona Turczynowicz Suszyckiego Heleną, córką Adama Turczynowicz Suszyckiego, inżyniera kolejowego w Mińsku Litewskim i Marii Markiewicz.

   

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

Kolejnym administratorem Boguchwały był Wacław Pasterczyk (1914-1926), który został podstępnie zamordowany przez mieszkańca Boguchwały za zajęcie krowy, która weszła w „pańską“ łąkę. Podejrzenie padło na inż. Karola Angermana, o czym szerzej podawały gazety, a rozpisywał się także tygodnik „Detektyw“.

    Trzecim kolejnym administratorem wyznaczonym przez PAU był Teodor Marchlewski, zootechnik, docent, który po drugiej wojnie światowej był rektorem Uniwersytetu Jagielońskiego w PRL, może nietyle dzięki swej wiedzy, ile pamięci stryja Juliana Marchlewskiego bożyszcza polskiej lewicy. Teodor Marchlewski wsławił się w Boguchwale hodowlą doświadczalną baranów, co przyniosło wiele strat, jak twierdziło wielu rzeczoznawców.

    Z Boguchwałą wiązały mnie bliskie uczuciowe stosunki, jako z miejscem urodzenia i wczesnymi latami dzieciństwa, a tak się złożyło, że los po wielu latach sprawiał, że ludzie z tej wsi spotkani przypadkiem wyświadczali mi wiele dobrego.

    Zaczynając pisać mój kalejdoskop wspomnień chciałam oprzeć się niejako na własnej pamięci – na wrażeniach z lat dziecięcych, ale na dokumentach i w tym celu zwróciłam się do Instytutu Historii PAN w Krakowie o przesłanie mi danych o moim Dziaduniu Zenonie Turczynowicz Suszyckim i jego żonie Wandzie, dnia 11.11.1986 otrzymałam odpowiedź z Redakcji Polskiego Słownika Biograficznego, że nie mają żadnych danych, przesłano mi natomiast kserograficzną odbitkę z tego słownika z życiorysem Klaudiusza Angermana, życiorysem nawiasem mówiąc bardzo pobieżnym, więc w trakcie pisania tych wspomnień będę starała się go uzupełnić.

Informacje o moim dziadku otrzymałam dzięki pomocy mej koleżanki – bibliotekarki pani dr. Zofii Sokół, a także miejscowego proboszcza ks. Pelca, przesłałam te dane do Redakcji PSB.

W kaplicy cmentarnej w Boguchwale, w krypcie, gdzie spoczywają prochy rodziny , Straszewskich, poprzednich właścicieli Boguchwały znajduje się płyta z następującym napisem:

 

Tu spoczywają zwłoki ś.p. Zenona Turczynowicz-Suszyckiego  ur. 8.XII. 1840r w Juliampolu na Litwie, uczestnika walk o wolność Ojczyzny 1863, absolwenta Uniwersytetu w Moskwie i inżynieryjnej Ecole des Mines, obrońcy bastionów Paryża w 1870 roku, pioniera przemysłu naftowego, dyrektora szkoły wiertniczej, właściciela na Boguchwale i Lutoryżu – wierny syn Kościoła i Ziemi Ojczystej zasnął w Panu dnia 11 maja 1912 roku, nieutulona w żalu żona prosi o pamięć i westchnienie do Boga“.

Nad tablicą umieszczoną po prawej stronie ołtarza kaplicy umieszczony herb: na czerwonym polu srebna strzała, u góry srebny szyszak z koroną a na nim lisek z podniesioną mordką - herb ten to Kownia.

    Do tej nagrobnej, lakonicznej informacji należy dodać rodzinny przekaz. Otóż Zenon Suszycki mając 23 lata porzuca studia politechniczne Uniwersytetu Moskiewskiego, w 1863 roku bierze udział w powstaniu styczniowym, ranny na Litwie w nogę, przez kilka miesięcy jest ukrywany w dzwonnicy przez grecko-katolickiego księdza. Gdy częste wizyty księdza w dzwonnicy zaczęły budzić zainteresowanie miejscowej ludności, Zenon Suszycki przy pomocy księżnej Czartoryskiej, jadącej do Paryża, podrużuje jako foryś – pomocnik stangreta. Dzięki Czartoryskim kończy studia w Ecole des Mines w Paryżu. W 1870 roku bierze udział w walkach z Prusakami na bastionach Paryża przeżywając wielomiesięczne oblężenie i głód, podczas którego pożywieniem były nawet szczury. W laach osiemdziesiątych powraca Zenon Suszycki do Galicji, jako specjalista inżynier - górnik rozpoczyna poszukiwania złóż naftowych, uwieńczona sukcesem nabytej kopalni w Bóbrce – w krótkim  czasie zdobywa fortunę, kupuje willę z dużym ogrodem w Jaśle, a następnie na licytacji nabywa majątek Boguchwała koło Rzeszowa. Ożenił się  z piękną, choć zupełnie biedną panną Wandą Zawadzką. Małżeństwo okazało się bezdzietne, wobec tego Suszyccy adoptowali wziętą z sierocińca dziewczynkę Marię bardzo ładną, niestety po przebytej czarnej ospie. Twarzyczka Cioci Mani została na zawsze zeszpecona, ale pozostała niezwykła dobroć serca i duża inteligencja. Maniusia rychło wyszła za mąż za znajomego i przyjaciela Zenona Suszyckiego, również inżyniera nafciarza Klaudiusza Angermanna.

    Do tej bografii mogę dodać, że ożeniwszy się z adoptowaną córką Dziadków Marią otrzymał w posagu 200 tys. koron austriackich oraz kawał gruntu zasobnego w glinkę kaolinową blisko stacji Boguchwała, co wykorzystał budując cegielnię, a także okazałą willę, w której zamieszkała rodzina Angermannów już po śmierci Zenona Suszyckiego. Poślubiając Marię Klaudiusz był wdowcem mającym trójkę dzieci :syna Sławka i dwie córki Marylkę, która jako młoda dziewczyna zachorowała na schizofrenię, leczono ją lekami w Krakowskiej Klinice prof. Jana Piltza, niestety po II wojnie światowej odebrała sobie życie. Sławek był inżynierem, a siostra jego i Marylki – Jadzia skończyła Akademię Sztuk Pięknych w Krakowie i uczyła rysunków w krakowskich gimnazjach. Znałam ją bardzo dobrze i często odwiedzałam, razem byłyśmy parę razy w Boguchwale jeszcze za życia Babci Wandy Suszyckiej i w późniejszych latach, bywając także u Cioci Marii Angermannowej, osoby zawsze serdecznej i pogodnej.

    Była matką trzech chłopców: Karola (zwanego Lolkiem), który po skończeniu Politechniki we Lwowie był inżynierem w jednej z hut na śląsku, drugi syn Cioci Mani Zenek był moim rówieśnikiem, zmarł niedoczekawszy pełnoletności, trzeci Władysław urodził się po śmierci ojca, który zmarł nagle 11.XI.1922r na dworcu kolejowym w Nowym Sączu, mając 61 lat. Domysły snuto na temat tej śmierci różne, podając jako powód m.in. otrucie. Pochowany został pod  cmentarną kaplicą w Boguchwale. Najmłodszy syn Władzio inżynier, dotąd mieszka z żoną w Boguchwale w willi Angermanów. 

    Wanda Suszycka zmarła 3 lipca 1921 roku., pochowana została w kaplicy cmentarnej. W okresie zaduszków w 1928 roku byłam w Boguchwale odwiedzić groby Dziadków, brama do podziemi z żelaznych sztab wykuta była uchylona, zeszłam na dół  i jakże żałosny ujrzałam widok, stojące na żelaznych podporach metalowe trumny obojga mych chrzestnych rodziców bez śladu świateł, bez jednej gałązki jedliny, a trumna Babci Wandzi była mocno przechylona, gdyż żelazną podporę przegryzła rdza, betonową podłogę zaścielały pożółkłe liście, które przez uchyloną bramę napędził wiatr. Zamiotłam podłogę, zapaliłam znicze i pomyślałam, że najbiedniejsza chłopska mogiła boguchwalskiego cmentarza była przystrojona, a tymczasem nikt nie starał się o grób dawnych dziedziców, a tym  mniej zadbał o to Zarząd Fundacji Suszyckich, nikt nie zatroszczył się z Polskiej Akademii Umiejętności, a przecież od śmierci Wandy Suszyckiej minęło niespełna osiem lat. Po mym powrocie do Krakowa poszłam na Sławkowską, do Prezesa PAU prof. Stanisława Kutrzeby z prośbą, by zadbał o trumny swych dobrodzieji.

    Nie była to moja pierwsza wizyta w PAU u prof. Stanisława Kutrzeby. Po raz drugi wybrałam się interweniować w sprawie stryjecznego brata mej Mamy Ziuka Suszyckiego, syna Wiktora. Ziuk, Józef Suszycki wraz ze swoją matką przedostał się przez zieloną granicę z ZSRR po stracie swojego ojca i zlikwidowaniu przez bolszewików majątku w Kijowszczyźnie. Ziuk chciał studiować na Wydziale Elektrycznym w Politechnice Warszawskiej nie mając środków materialnych, a wiedząc od mojej Mamy, że Dziadek Zenon Suszycki zapisując Boguchwałę PAU zostawił legal dla tych członków rodziny, którzy będą studiować technikę lub rolnictwo.  Ziuk napisał podania do PAU, które zostały bez odpowiedzi, dopiero po mojej interwencji prof. Kutrzeba stękając, oświadczył, że „Boguchwała przynosi małe dochody“, ale przyznał owo stypendium w wysokości aż 150 czy 200 zł miesięcznie. Ziuk skończył Politechnikę w Warszawie z odznaczeniem, zdobył też stypendium naukowe na zagraniczne  studia w Paryżu, ale już z tego nie skorzystał, bo jadąc autem wpadł w poślizg, zginął na miejscu, a matka jego, która doznała wielu obrażeń zmarła, nieświadoma śmierci swojego jedynaka.

    Nie wiem czy z tego powodu moja Mama nigdy nie próbowała zabiegać o boguchwalskie stypendium dla mojego brata Janka, który również studiował na Warszawskiej Politechnice w latach 1934-38 na Wydziale Mechanicznym – Boguchwalskie fatum, czy jakaś magia ciągnęło się za mną przez całe życie w przedziwny sposób.Podczas studiów na Uniwersytecie Jagielońskim wielu profesorów biorąc do ręki mój indeks i czytając miejsce mych urodzin pytało mnie o tę miejscowość i moją rodzinę czyli Suszyckich.

    Gdy chciałam wyjechać z mężem Adamem Barem na wakacje w 1935 roku i rozglądałam się za kimś, kto podlewałby nasze kwiaty, polecono mi krawcową, sąsiadkę Katarzynę Bócz, gdy zgłosiła się to rozejrzawszy się po mieszkaniu wzięła do rąk fotografię stojącą na biurku i powiedziała: „ Znam tych Państwa i tę dziewczynkę.“ Była to fotografia moja i moich Rodziców, jako kilkuletnie (3-lata) dziecko siedziałam wśród Mamy i Taty. I cóż się okazało Kasia bawiła się ze mną w Boguchwale, mając wówczas lat 10 a była córką kowala Za..sylaka. I tak po 22-latach przypomniała o sobie Boguchwała.

    Przypomniała także przy końcu II wojny światowej, gdy w styczniu pełniłam z ramienia  RGO dyżur społeczny w obozie na Prądniku i zostałam aresztowana i zatrzymana w budce wartowniczej tegoż obozu. Od strony Michałowic zbliżała się Armia Czerwona, bomby padały niezbyt daleko, bo wartownicza drewniana budka chwiała się niezgorzej i ogrzewający ją żelazny piecyk lada chwila groził wywrotem, by uczynić ze mnie i wartownika żywą pochodnię. Drzwi otworzyły się z trzaskiem, powiało mrozem, wartownik wziął do ręki moją Kennkartę i wyczytał: „Geboren in Boguchwala“, odzyskał nagle mowę, polską mowę, bo był też w Boguchwale urodzony z niemieckich kolonistów. Oddał mi Kennkartę, odwrócił się i tyle mnie już widział.

Akt ślubu Wincentego i Heleny