Nosówka i tułaczka

doc.dr.hab. Irena Bar-Święch

Irena Bar-Święch

 

 

„ Do obiecującego złoża ropy dowiercono się w  Nosówce pod Rzeszowem. Jest ona lekko parafinowa, bez siarki i innnych zanieczyszczeń, zalega na głębokości 3500m. Wydajność wynosi 120 ton na dobę“

Taką przepisuję z Gazety Wyborczej Solidarności Nr.86 z 07.XI.1989 r. s.2.

    Informacja ta kojarzy mi się ze wspomnieniami dzieciństwa i wybuchem I wojny światowej . Nosówka dzierżawił bowiem mój Ojciec Wincenty Turowski w 1914 r. od rodziny Dąbskich. Mieszkaliśmy w obszernym drewnianym, parterowym domku, położonym w dużym ogrodzie ni to w sadzie ni to w parku. Niedaleko od domu były stawy zarosłe szuwarami, zaniedbane, które mój ojciec zamierzał wyszlamować i zarybić. Nad jednym z tych stawów na kilka tygodni przed wybuchem  I wojny światowej siedziałam z Rodzicami i przez okopcony kawałek szkiełka oglądałam niezwykłe na niebie zjawisko, kompletne zaćmienie Słońca, ciemniało niebo, szarzała ziemia, a ludziska wróżyli różne nieszczęścia, zwłaszcza rychły wybuch wojny, co niestety sprawdziło się.

    Pretekstem było jak wiadomo zamordowanie austro-węgierskiego następcy tronu Franciszka-Ferdynanda 28.VI.1914r.  w Sarajewie.  28.VII.1914r. Austro-Węgra wypowiedziały wojnę Serbii , a 06.VIII. wojnę Rosji – 12.VIII. Brytania i Francja ogłosiły  stan wojenny z Austrią.

    Pamiętam jak ogłoszenie mobilizacji w Galicji, zdenerwowało moich Rodziców, zwłaszcza zbrojny konflikt z Rosją zmuszał mego Ojca jako byłego rosyjskiego poddanego i dezertera z wojska rosyjskiego do opószczenia Nosówki, a czynił to z wielkim żalem, bo zbiory zbóż zapowiadały się wspaniale, zaczynały już się żniwa. Pierwszymi żołnierzami, których zobaczyłam wieczór przez szklaną szybę jadalni, byli honwedzi, węgierska kawaleria w wysokich czapkach zdobionych pękami lśniących  piór kogucich.  Pamiętam jak bogato były sznurowane srebnymi sznurami kurtki tych kawalerzystów. Rozstawiali się na folwarku, a oficerowie brzęczac ostrogami zasiedli do dostojnego stołu w jadalni. Rodzice rozmawiali z przybyszami po niemiecku, a ja zapamiętałam jedno węgierskie wyrażenie „nem tudom” czyli „nie wiem”, bo tego nauczyła mnie służąca, wyinstruowana widocznie przez honwedów, którzy rekwirowali obrok dla koni, a dla siebie zabierali te zapasy, które znaleźli w piwnicy, kuchni i spiżarni, a jak przystało na c.k. armię zostawili na wszystko pokwitowania czyli plik bezwartościowych papierów. Być może gdyby nie ten pierwszy kawaleryjski najazd mój Tata nie myslałby o porzuceniu Nosówki, no i gdyby nie wpływ proboszcza z głogowa, naszej parafii, co do której jak pomnę jeździliśmy na sumę każdej niedzieli parą srokatych koni ciągnących żółtą bryczkę, a w dni deszczowe i pochmurne czarne pudło karocy wybitej we wnętrzu ciemnym, niebieskim pluszem. Głogowski proboszcz zwykle we czwartki zjawiał się w naszym domu, by zagrać z Tatą w preferansa i dwoma jeszcze panami, przybyłymi z sąsiednich majątków, albo z lekarzem weterynarii dr. Skucińskim tęgim, wąsatym panem, który przyjeżdżał z Rzeszowa, gdzie miał dużą piętrową kamienicę przy ul. Krakowskiej, w której w przyszłości mieliśmy zamieszkać, ale to stało się dopiero za lat kilka.

    W 1914 r. w sierpniu zaczęło się pakowanie kufrów i waliz, a ponaglił moich Rodziców do wyjazdu także list wuja Tadeusza Kępińskiego , który był we Lwowie urzędnikiem Namiesnictwa czyli najwyższego urzędu galicyjskiego. W liście tym wuj donosił, że został z całym urzędem ewakuowany do Wiednia i radził, by moi Rodzice też przyjechali do stolicy Austrii, która napewno będzie bezpiecznym schronieniem. Rodzice udali się pociągiem z Rzeszowa do Krakowa, a stamtąd mieli rzeczywiście ruszyć do Wiednia, tam też został zaadresowany nasz bagaż, ale podczas wojny niczego nie da się zaplanować i przewidzieć. W Krakowie cywilów poprostu wyrzucono z pociągu, więc Rodzice debatowali na Plantach tuż obok dworca pod pomnikiem  Straszewskiego co robić dalej, o podróży do Wiednia nie można było marzyć, a Kraków był przepełniony uciekinerami, brakowało chleba i mleka, które było tak potrzebne dla mającego niespełna rok mojego brata Janka. Chyba z tych względow mój Tata zdecydował, by pojechać do swojego ze studiów rolniczych na Uniwersytecie Jagielońskim, właściciela majątku. Twierdza w powiecie wadowickim, jakim cudem udało się na przepełnionym dworcu krakowskim wytropić memu Ojcu pociąg odchodzący do Kalwarii Zebrzydowskiej, nie dowiedziałam się nigdy, ale pamiętam, że był to pociąg niezwykły, bo wojskowy, znaleźliśmy miejsce w towarowym wagonie zajętym przez żołnierza z koniem, zamiast ławek na podłodze leżały wiązki słomy, zamiast okien, malutkie okratownie, pod sufitem umieszczono okieneczka, a wentylację zapewniały napoły tylko zaryglowane drzwi. Pociąg właściwie nie toczył się, ale wlokąc się i przystając co chwila w polu napawał obawą, że nigdy do celu nie dojedzie. Na jednej ze stacji, chyba w Skawinie, zatrzymał się bardzo długo. Wokół pociągu było pełno żołnierzy, przy torach rozlokowaly się kuchnie polowe, wozy , konie. Na tej stacji wysiadła z małym Jankiem na ręku jego niania Antosia, dziewczyna chyba siedemnastoletnia, zagadali ją żołnierze, a tu raptem pociąg ruszył, moja Mama poderwała krzyk, mój Ojciec wyskoczył z wagonu, ale naszczęście nie odjechaliśmy daleko, tylko na boczny tor i jeszcze cała noc przestał nasz skład na bocznicy, pozbawiony lokomotywy, którą dopiero nad ranem przyczepiono i już bez dłuższych postojów dojechaliśmy około południa do Kalwarii  Zebrzydowskiej. I tu zaczęła się nowa mordęga i poszukiwanie innego środka lokomocji. Dworzec jak okiem sięgnąć zastawiony był pociągami osobowymi, towarowymi, na wielu wagonach widniały znaki czerwonego krzyża, na noszach transportowali sanitariusze w białych fartuchach rannych, pierwsze ofiary wojny  z obandażowanymi głowami, rękami, po raz pierwszy słyszałam jęki, a raczej wycia ludzi cierpiących, obolałych, po raz pierwszy zobaczyłam inwalidów podpierających się o drewniane podpory, kule, czułam zapach mdły karbalu i zgnilizny, trupi zapach, echo trwających gdzieś daleko bitew, słowo „wojna“ nabrało w moich dziecięcych oczach coraz bardziej konkretny kształt, oprócz honwedów z piorópuszami i ich pięknych koni, pojawili się brudni, sponiewierani, chorzy, kalecy ludzie w porwanych żołnierskich mundurach.

    Wielką ulgą było dla nas postanowienie Ojca, by dalszą drogę do Twierdzy pana Marcelego Hegenbergera odbywać chłopskim, a raczej  jakby cygańskim wozem, nakrytym płócienną budą, wymoszczonym słomą, po raz pierwszy jechałam takim pojazdem, wraz z kojcem załadowanych gęsi, które swym gęganiem urozmaicały kilkugodzinną drogę, a Twierdza okazała się godna swej nazwy. Duży, murowany, dwór wielopokojowy był już zdobyty i zarekwirowany przez kilka energicznych pań, kuzynek pana Marcelego z rodzinami. Zapamiętałam z tamtych dni wspólne obiady w dużej jadalni wielookiennej, oraz zbieranie dojrzałego czerwonego głogu, który owe panie obierały z zapałem, usuwając z każdego owocu ziarenka i puszysty niczym wata mech, a potem smażyły konfitury, czy powidła, kręciły się z resztą nieustannie od rana do wieczora po całym domu, sprzeczając się ze sobą, a także z "Marcelkiem", no i z moimi Rodzicami, którzy dla świętego spokoju postanowili porzucić Twierdzę i góralską furką dojechaliśmy najpierw do Poronina, a potem do Zakopanego. Siąpił jesienny deszczyk, mgła zasnuwała Tatry i dopiero po dwóch dniach, gdy zabłysło Słońce ujrzałam po raz pierwszy w życiu góry, cud o jakim nie mogłam nawet śnić.

    Mieszkaliśmy w góralskiej chacie u stóp Gubałówki, w pobliżu cmentarza przy ulicy Kościeliskiej. Szczyty gór pokrywał już śnieg, a w południe w słońcu, na tle błękitu nieba czerniał ogromny krzyż, zwieńczenie Giewontu. Było już bardzo zimno, a więc kupiono mi niebieski, sukienny płaszczyk, haftowany białymi szarotkami. Który nazywano guńką, nikt się nie spodziewał, że regionalny strój stanie się przyczyną kłopotów w przyszłości. Mój zachwyt budziły nie tylko widoki gór, ale i szum wartko po kamieniach rwących potoków, góralska muzyka i zawodzące śpiewy, zapach świerków i limb, całodzienny, kolorowy, nieznany dotąd świat. A jesień chociaż dość zimna, była pogodna, złocista, więc wybrałam się w towarzystwie guwernantki, którą zgodzili rodzice, by zaczęła mnie uczyć na pobliską Gubałówkę. Tak jak bywało w dolinach nosiłam jeszcze sandałki i skarpetki, no i guńkę z szarotkami.Moja opiekunka, którą kazano mi nazywać „Frojlain“ t.j. Panienką była ślązaczką i miała obowiązek wyuczyć mnie języka niemieckiego (chyba z uwagi na dalszą drogę do Wiednia). Niestety owa dama idąc za mną na Głóbałówkę zagadała się z jakimś Panem i straciła mnie z oczu, a ja szłam szlakiem coraz wyżej i wyżej, a ponieważ sandałki ślizgały się po igliwiu, więc wyrzuciłam je czym prędzej, ale skarpetki okazały się złe na tej pierwszej wspinaczce, bo igliwie wbijało się przez nie w me stopy, usiadłam, więc na pierwszym spotkanym pieńku, by jakoś uporządkować nieznośne skarpetki. W lesie było coraz ciemniej i gdyby nie dwóch drwali, którzy zanieśli mnie do Rodziców, zaniepokojonych moją nieobecnością, nie wiem jak wyglądałby mój zakopiański, leśny nocleg na Gubałówce. Niefortunna   moja opiekunka została zwolniona z trzymiesięczną pensją.

    Nie wiem jak długo bytowaliśmy w Zakopanem, nie pamiętam też zupełnie podróży do Wiednia.

Jakby na uszkodzonej taśmie filmowej ukazują się tylko nie związane ze sobą obrazy. Oto w Wiedniu z przed wielkiego dworca kolejowego jedziemy obronnym ekwipażem, który nazywa się automobil, pojazd kształtem przypominał karetę, ale brak mu zaprzęgu, a jednak jedzie szybko i trąbi po drodze. I oto jesteśmy w dwupokojowym mieszkaniu wujostwa Kępińskich, którzy w krótce je opuszczają, bo służbowo wuj Tadeusz zostaje przeniesiony do Gratzu. Ulica przy której mieszkamy nazywa się Mariahilf Strasse 12. Poznaję pomalutku Wiedeń. Jestem oczarowana karuzelami, zwłaszcza ogromnym kołem , wysokości kilku pięter. Na karuzelach pełno dzieci, a obracające się koło unosi wysoko, bardzo wysoko pod strop nieba tylko dorosłych, a wszystko nazywa się Winer Prater. Wieczorem jarzy się tu wiele, wiele kolorowych świateł, to pierwszy Luna Park jaki zobaczyłam w życiu, w moim długim życiu było ich jeszcze wiele. W Wiedniu zobaczyłam też pierwszy teatr i usłyszałam pierwszą operę. Było to w okresie Bożego Narodzenia, opera którą widziałam to Faust, specjalnie przygotowany dla dzieci. Oto sala wyzłocona, w loży aksamitnej I piętra. Rodzice i Wujostwo i ja, gasną światła na widowni, unosi się kurtyna, na scenie staruszek, a przed nim na stole flaszki, reforty szklane, misy, a on coś przelewa, coś dosypuje, bucha płomień – Mama szepce mi do ucha „ Doktor Faust szuka eliksiru młodości“, starzec śpiewa, długo śpiewa, aż do chwili, gdy pojawia się przed nim elegancki we fraku i cylindrze pan, on też śpiewa. Unosi co chwilę cylinder, widać, że na głowie ma rogi, zaczyna harcować po scenie i rozchylają się poły fraka, widać teraz ogon, czyli to Mefisto. Sam diabeł, odwiedził doktora Fausta. Muzyka gra, a diabeł śpiewa i tańczy i śpiewa i śpiewa duet z Faustem, potem razem puszczają się w tanc. Na chwilę gaśnie światło i znikł stary Faust i diabeł, przepadły szkliwa i czarodziejskie mikstury, a za to jest maleńka czysta izdebka, a w niej jasnowłosa prześliczna dziewczyna w czerwonej sukience Małgosia. Podlewa konewką kwitnące w oknie pelargonie i śpiewa, śpiewa jak słowik tęsknie żałośnie...Film się urywa, a w mej sześcioletniej pamięci zjawiają się nowe obrazy.

Ta ogromna rzeka to Dunaj, most, mosty, a rzeką płyną statki białe, parowe i łodzie z żaglami. Na brzegach siedzą rybacy, wędkarze, można u nich kupować ryby, na obiad czy na wigilijny wieczór. Taką wiedeńską Wigilię też pamiętam, nie było choinki, nie było nawet opłatków, takich dużch z wizerunkiem Jezuska w żłobku. Do podziału i życzeń służyły komunikanty, które przyniósł Wujek od znajomego księdza, też opłatki, tyle, że małe i okrągłe. Były też prezenty, dostałam dwie książki : Bajki braci Grimm po niemiecku i Wieczory pod Lipą czyli Historię Polski.

Była zima surowa, śnieżna. Wiedeń gromadził coraz więcej ucikienierów, prócz Polaków ściągały tu różne narodowości Austriacko-Węgierskiej Monarchii, robiło się coraz ciaśniej i głodniej.  Szłam z mamą do piekarni po chleb, a było go pełno na półkach i rogali i bułek i ciastek przeróżnych, ale my wyszliśmy bez niczego, z tej samej piekarni, z której od tygodni przynosiłyśmy dobre pieczywo, sklepowa powiedziała tylko : „ Für polnische Schweine ist kein Brot“ -  dla polskich świń nie ma chleba, a przyczyną była moja zakopiańska guńka, ta niebieska w białe szarotki. Odtąd stałam przed sklepem, gdy Mama szła po zakupy.

Wiosną 1915 roku z Wiednia przenieśliśmy się do Grazu, stolicy Styrii nad rzeką Murą. Miasto tak niepodobne do Wiednia, położone na pagórkach i wśród gór, ze starym zamkiem zwanym Schlossberg, ze zbrojownią, muzeum pełnym zabytkowych rycerskich kolczug, mieczy, hełmów, tarcz. Był to gmach przed którym w południe o godzinie 12-tej zbierała się na małym placyku zawsze gromada dzieciaków i gapiów, bo oto na wieży zegarowej, w południe otwierały się drzwi i defilowali kolejno Apostołowie, a było ich dwunastu, ukazywali się jeden za drugim, w szatach kolorowych i złocistych, didemach na głowie, maszerując w takt uderzeń dużego dzwonu wieńczącego szczyt wieży, a w dzwon uderzali młotkami dwaj kowale. Był to pierwszy zegar, dziw, takich dziwów zegarowych z figurkami oglądałam kilka później w czasie włóczęgi po świecie, ale żaden nie był tak malowniczy, żaden korowód tak oczekiwany i radośnie witany biciem dziecinnego sześcioletniego serca.

    Nadeszło styryjskie lato, rzeką Mur płynęły wycieczkowe statki i jednym z nich ruszyła nasza rodzina do niedalekiego klasztoru, opactwa Benedyktynów Mariazell. Biały kościół i białe ściany klasztorne otoczone zielenią winnic i sadów. Dzięki jednemu z zakonników, Polakowi, który stał się przewodnikiem naszej grupy złożonej także z Austriaków i Włochów zwiedziliśmy podziemia Bazyliki, a potem winnice. Po raz pierwszy mogłam zrywać winogrona dojrzałe, ciepłe słońcem kiście złote i granatowe, soczyste. Już nigdy potem ani we Włoszech, ani w Hiszpanii, czy Jugosławii tak słodkich owoców nie znalazłam w żadnej winnicy. Winogrona z Mariazell, w rajskim ogrodzie dzieciństwa były najsmaczniejsze.

Wśród wspomnień zachowałam do dziś wzruszające nabożeństwo majowe w Kościółku wynajętym od Austriaków przez polskich tułaczy. Z organów ozwała się melodia :

 

„Serdeczna Matko, opiekunko ludzi,

 Niech Cię płacz sierot do litości wybudzi!

Wygnańcy Ewy do Ciebie wołamy,

Zlituj się, zlituj, niech się nie tułamy....„

    I po tych słowach ogromny płacz, jęk, szloch, wstrząsnął tłumem, załamały się słowa pieśni, łkali dorośli, kobiety i mężczyźni, nikt nie umiał pohamować łez. W wiele, wiele lat później, w przypadkowej rozmowie z moim mężem dr Adamem Barem dowiedziałam się, że był na tym pierwszym majowym polskim nabożeństwie w Grazu, wraz ze swoimi rodzicami i młodszym rodzeństwem. Adaś Bar był wtedy maturzystą, być może staliśmy i klęczyliśmy koło siebie, ale gdyby nawet, to czyż osiemnastoletni młodzian mógłby zauważyć  sześcioletnią dziewczynkę z warkoczykami, drogi Opatrzności są niezbadane, a przyszłość zakryta przed nami, na całe szczęście.

    Minęły już dwa lata wojny. W Grazu robiło się coraz ciaśniej i drożej, a ponieważ niemiecko-austriackie wojska  przetarły front rosyjski, przepędzając carską armię daleko za Lwów i dawna Galicja była wolna, postanowili moi rodzice wracać do Nosówki, zwłaszcza, że była wiosna, czas sprzyjający rolnikowi, którym był z krwi i kości mój Ojciec.

    Wróciliśmy. Dom nasz był spustoszony doszczętnie. Plątały się tu i ówdzie porozbijane szafy, krzesła bez skórzanego obicia, salonowe meble, kanapy i fotele bez zielonego pluszu, który który posłużył wiejskim pannom z folwarku jako materiał na odświętne gorsety. Brakło garnków, porcelany, znikły obrazy ze ścian, książki z biblioteczki. Dzięki codziennym upomnieniom z kazalnicy naszego proboszcza z Głogowa, powoli to i owo  powracało do prawych właścicieli w rozmaity sposób. Rankiem na krzaku bzu, czy jaśminu wisiały aksamitne ciemnobordowe kapy z łóżek, wśród agrestu złocił się mosiężny samowar, na gałęzi włoskiego orzecha wisiały obrazy, które Rodzice kupili niegdyś w Wenecji. Często zdarzało się, że Mama idąc opatrzyć poparzone wrzątkiem dziecko, albo obandażować jakiejś gospodyni chora rękę czy nogę, przynosiła jako  „honorarium“ moją sukienkę, czy swój płaszcz, kołderkę czy poduszkę, żelazko na węgiel, czy miedzianą miedniczkę do smażenia konfitur.

    Gorzej działo się mojemu Ojcu, zastał puste spichlerze i stodoły, chlewnie i stajnie, nie było czym zacząć gospodarki i to skłoniło mojego Tatę do rezygnacji z dzierżawy. Właściciel Nosówki pan Dąbski, zatrzymał tylko część wpłaconego vadium t.j. kaucji. Z resztą pieniędzy i dobytku przenieślismy się do Rzeszowa, zajmując dwa pokoje i kuchnię przy ulicy Krakowskiej w kamienicy weterynarza                     dr Skucińskiego. Mieszkanie było zimne i ciemne, ale podwórko wesołe, pełne dzieciarni, wnucząt doktora, małych Żulińskich, wśród których moją przyjaciółką stała się o rok ode mnie starsza Janka. Razem z nią chodziłam do tej samej pobliskiej szkoły św. Scholastyki, była to druga z rzędu szkoła, bo pierwszą miałam w Grazu z językiem niemieckim. Dzięki pomocy Rodziców szybko uczyłam się w Grazu języka niemieckiego i lepiej pisałam gotykiem po niemiecku niż łacińskim alfabetem po polsku. Dziwne też, w niemieckim nie robiłam błędów, które prześladowały mnie w polskich wypracowaniach przez wiele, wiele lat.

Ojciec rozglądał się za zajęciem w Rzeszowie, na próżno, nie wiem jakimi drogami dowiedział się, że hrabia Żółtowski poszukuje administratora do swego majątku Ożonka położonego kilka kilometrów koło Sądowej Wiszni. Był to folwark należący do zespołu majątków, należących wcześniej do komediopisarza hrabiego Aleksandra Fredry. Warunki administrowania bardzo odpowiadały mojejmu Rodzicowi, wyjechał na ziemię raczej piaszczystą łubinem i hreczką w większości obsianą niźli pszenicą.  Mama ze mną i moim dwuletnim braciszkiem Jankiem wyjechała dopiero w czerwcu, gdy skończył się rok szkolny. Tymczasem mieszkaliśmy w Rzeszowie u państwa Skucińskich. Mieszkanie w Ożonku było w drewnianym jednopiętrowym dworku, w parku pełnym starych drzew, wśród których wyrózniał się dziwnie kwitnący kasztan, połowa kwiatostanu była koloru żółtawego, a górna część korony drzewa czerwieniała jak malina.

    Dwór tylko na piętrze był mieszkalny, na parterze bowiem miesciły się różne podręczne magazyny, a głównie szklarnia, do której lubiłam zaglądać i nawet posługiwać się heblem, za zgodą ukraińskiego czarnookiego staruszka. Raz postanowiłam zrobic szabelkę z deseczki dla mojego braciszka, rąbnęłam dużą siekierą i do dziś dnia mam ślad na palcu prawej stopy, ciężka siekiera wypadła z ręki i zamiast w drzewo, uderzyła w palec. Długo ropiała i goiła się ta rana, bo opatrywałam ją tak po wiejsku listkami babki i być może gdyby nie interwencja Mamy, lekarza, straciłabym nie tylko palec, ale i nogę, bo zaczęła się już gangrena.

    W niedzielę jeździliśmy do bliskiej grecko-katolickiej cerkwi, gdzie tłum ludzi zawodził monotonnie    

 

„ Hospody pomyluj, hospody pomyluj !“

 

bił czołem o ziemię, a w złotej koronie, tiarze i złocistej kopie występował paroch, czyli proboszcz kołysząc dymiącą kadzielnicą. Złociste carskie wrota otwierały się to zamykały, paroch pojawiał się to znowu znikał za nimi.

    Mijało lato ze smutkiem myślałam o powrocie do ciemnego mieszkania w Rzeszowie, nikt z nas nie przypuszczał, że wracać będziemy w wielkim popłochu, gdyż ta piękna, rozśpiewana ludność ukraińska, chłopcy i dziewczęta w pięknie kryżykami haftowanych koszulach poderwą się z siekierami, kosami, nożami i pałkami na hasło „Paniv rizać ! Lachiv rizać ! ”. Wyjechaliśmy z Ożonki, karetą noca, która nie była jednak ciemna, bo niebo jaskrawiło się wokoło łunami palonych dworów. Ojciec lubił Ukraińców, wierzył w przychylność i tych z folwarku i tych ze wsi, wyjechał ubłagany przez parocha, który często przyjeżdżał do Ożonki i polubił Tatę. Dopadliśmy do ostatniego pociągu, który szedł z Sądowej Wiszni do Przemyśla. Nie zaznaliśmy okropności opisanych przez Kossak-Szczucką w „Pożodze”, ale w mej pamięci pozostała płonące pożogą niebo na zawsze, a wakacje, czas wypoczynku i spokoju zaczęły się kojarzyć z nieszczęściem, ucieczką i zagrożeniem.