Po przeczytaniu artykułu:

Bitwa Warszawska 1920. Cud nad Wisłą. Listy żołnierza Armii Czerwonej do żony.

https://wiadomosci.onet.pl/kraj/bitwa-warszawska-1920-cud-nad-wisla-listy-zolnierza-armii-czerwonej-do-zony/fhs2vnb

opublikowanego przez Onet, pomyślałam, że po latach poszukiwań wszelkich śladów i osób potwierdzających wydarzenia opisane w dziennikach dr. Andrzeja Kosińskiego, nastąpił ten moment, by częścią tych treści podzielić się

z osobami zainteresowanymi żywą historią.

Powyższy artykuł został napisany na podstawie  „Karta” 103/2020, w którym jednym z  tematów jest  Łazar Gindin, Stefan Pieńkowski, Zygmunt Zakrzewski, „Lato 1920: ze środka wojny” – listy lekarza Armii Czerwonej do żony; wspomnienia Polaka, który jako siedmiolatek obserwował najazd bolszewicki; bitwa warszawska w dzienniku polskiego ochotnika.

https://ksiegarnia.karta.org.pl/produkt/karta-103-2020/

Listy Łazar Gindin uzupełniły historię spisaną przez dziadka blisko 100 lat temu. Orginalny list z 18.X.1920 można przeczytać tu.

Fragmenty poniżej zachowane są w orginalnej pisowni i dotyczą, krótkiego okresu, gdy dr. Andrzej Kosiński został Naczelnym Lekarzem Garnizonu w Rembertowie.

 

8.X.1920 Warszawa

Byłem znów w Szpitalu, aby nic nie robić, lecz tylko patrzeć na cudzą pracę. Na moje szczęście nie byłem w Szpitalu i pół godziny, jak zostałem wezwany do Szefa Sanitarnego z poleceniem wstawić się natychmiast. Po asocjacji wspomniałem,

iż w 1915-m roku też byłem przydzielony do rezerwy, za parę dni dostałem przydział na kilka dni, a zatem stały przydział - może i teraz tak będzie. Nie omyliłem się w swym przypuszczeniu, bo dostałem tymczasowy przydział na 10-12 dni, po którym mam dostać stały. Jestem wyznaczony Naczelnym Lekarzem Garnizonu w Rembertowie, celem doprowadzenia Garnizonu do stanu sanitarnego. W Rembertowie stacjonuje artylerja  i jest obóz jeńców.

9.X.1920 Warszawa

Zabrałem rano u krawca ubranie i płaszcz, przebrałem się i pojechałem do Rembertowa, gdzie zameldowałem się w dowództwie garnizonu i prosiłem o mieszkanie. Dowódca oznajmił mi, że mieszkania dać mi nie może z braku tegoż 

i proponuje mi codzienne przyjeżdżać z Warszawy na co bezwarunkowo zgodziłem się i po rozmowie z Dowódcą  wróciłem do Warszawy.

11.X.1920 Warszawa

Wstałem o 6-tej , aby wyjechać do Rembertowa o 7 m.30. W Rembertowie wyznaczyłem godziny przyjęć od    11 m.30 do 2-ej. Dziś rozpocząłem pracę: przyjąłem chorych, zbadałem znajdujących się w Izbie Chorych, przeprowadziłem inspekcję kancelarji, odwiedziłem chorych oficerów i rodziny oraz zapoznałem się z obozem jeńców.

W Rembertowie jeńcy są umieszczane w 6-iu barakach w ilości 1800 ludzi. Z 6-iu baraków tylko 2-a zimowe, dobrze podbudowane i posiadają piece, a 4-e są letnie: bardzo zimne, w dachach i ścianach moc dziur. Lekarz por. Brocki, zarządzający barakami jest obecnie chory, a zastępuje go lekarz-jeniec, z zarządzeniami, którego nikt nie znajduje potrzebnym liczyć się. W barakach naogół znalazłem ład i porządek, a jeńcy rozlokowani są dość lużnie, ale śpią na gołych deskach, bo słomy im dotychczas nie wydano. Porcja żywnościowa jeńca równa się ½ porcji naszego żołnierza. Trzy razy tygodniowo mają łaźnię podczas której przeprowadza się odkażenie ubrania, bielizny i baraków. Zawezwałem do siebie zarządzającego łaźnią  i kazałem w tym tygodniu i przyszłym przeprowadzić kąpiel i odkażenie 4-e razy tygodniowo, ale pod rygorem, aby wszyscy jeńcy były wykąpane i odkażone oraz ostrzyżone maszynką, ponieważ jeńcy straszniejsze dla nas obecnie niż były w polu – epidemja może zmasakrować nie tylko ich, ale i nas. Dowiedziawszy się, iż wśród jeńców jest 3-ch lekarzy, zawezwałem ich do siebie i rozmówiłem się z nimi jako z kolegami, kazałem im wydać sienniki z izby chorych

i polepszyć utrzymanie. Widziałem, iż zrobiłem im wielką przyjemność tem, iż traktowałem ich jako lekarzy-kolegów. Jestem szczerze zadowolony, że choć na chwilę dałem im możność zapomnieć, że są jeńcami, żuconymi na łaskę i niełaskę dozorców. Mam zamiar dać im możność pracować zawodowo w obozie. O zimnych barakach niezwłocznie wysłałem meldunek do Szefa San. Zaznaczając, iż jeśli jeńcy rozpoczną chorować, to zapchają nam wszystkie szpitale. Zwiedzając baraki, zwróciłem uwagę na to, że jeńcy zachowują rygor wojskowy: salutują oficerów polskich, a gdy oficer wchodzi do baraku podają komendę „Baczność – smirno, wstat“ , jak za czasów armji carskiej.

Od 12.X - 14.X.1920 w Warszawie odbywał się strajk kolejarzy, przez te kilka dni dr. Andrzej Kosiński nie miał możliwości dojechać do pracy…

15.X.1920 Warszawa

Wyjechałem rano do Rembertowa kolejką na Gosławek z jakimś dziwnym przeczuciem…nieprzyjemności. Z Gosławka musiałem iść piechotą do Rembertowa 3 klm, ale nie uszedłem i kilometra, jak spotkałem podchoronżego , komendanta łaźni w Rembertowie, który wręczył mi rozkaz stawienia się u Szefa Sanitarnego o godz. 9 m.30, Wróciłem do Gosławka i

o godz 14-ej byłem u Szefa. Przyjął mnie  

mjr. Stefanowicz, którego znałem z Kijowa i który był u nas w Centralii Pracowników na cukrowniach skarbnikiem. Stefanowicz rozpoczął mi robić zarzuty, że w garnizonie nie są wykonane rozkazy od marca i kwietnia, że stan sanitarny obozu jeńców jest opłakany iże Szef Sanitarny grozi oddaniem mnie pod sąd. Odparłem mu, że kilka dni nie mogę doprowadzić wszystkiego do należytego porządku, że meldowałem o stanie garnizonu i obozu i że za niechlujstwo poprzedników oraz bezczynność Szefostwa odpowiadać nie będę i żądam przedstawienia mnie do raportu do Szefa. Szefowi San. Powtórzyłem to samo, co mówiłem Stefanowiczowi, ale Szef żucał się i nie słuchając mnie groził bez przerwy i sensu sądem, aż podniosłem głos żądając oddania mnie pod sąd, , aby przed sądem mogłem powiedzieć to, czego nie chce wysłuchać generał, a jednocześnie wyjaśnić czyja wina, iż stan garnizonu jest poniżej krytyki. Na moje żądanie

gen. Religioni od razu uspokoił się i zmienił ton, w którym nie było już groźby, a prośba o doprowadzeniu garnizonu do ładu w najbliższym czasie za co on mi ułatwi wyjazd na front lub otrzymanie dobrego przydziału. Taka zmiana w generale wydała mi się bardzo niesmaczną – starszy i zwala może swoją winę na podwładnego, a kiedy podwładny staje sztorca,

to prosi go o załatwienie sprawy, prawie o pomoc. Podczas mojej rozmowy z Szefem, mjr. Stefanowicz dostał meldunek z jakiegoś szpitala, że z Rembertowa został dostarczony jeniec chory na cholerę. Natychmiast udałem się do Rembertowa

i stwierdziłem na miejscu, że nie tylko cholerycznego, ale wogóle chorego nie wysłali do szpitala już od kilku dni. O przeprowadzonym dochodzeniu wysyłałem depeszę do Szefa. Noc spędziłem w Izbie Chorych, ponieważ pociągu do Warszawy nie miałem.

16.X.1920 Rembertów

Pracę rozpoczołem o godz. 8-ej w kancelarji. Napisałem rozkaz do d-wa obozu jeńców, aby był postawiony stały posterunek przy studni celem usunięcia kożystania z brudnej wody, wyznaczyłem d-ra Inginsa, jeńca, do zarządzania ogólnym stanem sanitarnym obozu i do pełnienia obowiązków chorego d-ra Brodskiego, d-wi jeńcowi Gindinu poleciłem prowadzić ambulatorjum i izbę chorych, a d-wi jeńcowi Tenkinu poleciłem  kontrol nad łaźnią, odwszaniem i dezynfekcją oraz zarządziłem rozpocząć niezwłoczne szczepienie jeńców przeciw cholerze, tyfusowi i czerwonce, zapotrzebowałem słomy do izby chorych obozu, poleciłem wszystkim oddziałom garnizonu mieć stale przegotowaną wodę do picia i śledzić, aby żołnierzy i jeńcy nie pili surowej wody pod osobistą odpowiedzialnością d-ców oddziałów, kazałem 5-y tygodniowo mieć łaźnię dla jeńców i przeprowadzać ścisłą dezynfekcję ubrań, bielizny i lokali podczas kąpieli, zapotrzebowałem szczotki

i wiadra do mycia podłogi w barakach, które dotychczas nigdy nie były myte, wyznaczyłem starszych w barakach z  pośród jeńców, którzy musieli pilnować ładu i porządku i wyznaczać dyżury. Napisałem o powyższych rozporządzeniach do Szefa Sanitarnego oraz złożyłem wyczerpujący meldunek o rzekomym wypadku cholery, którego jak stwierdziłem na miejscu, nie było, prosząc o polecenie szpitalom przyjmować chorych jeńców, ponieważ mam przepełnioną izbę chorych i nawet poczekalnię, wysłałem meldunek o stanie baraków i curiculum vitae lekarzy-jeńców o istnieniu których szefostwo nawet nie wiedziało.  O 12-ej wyznaczyłem odprawę lekarzy garnizonu, zapraszając na nią poza lekarzami wojskowymi , lekarza ppor. Czarneckiego z 8 p.a.c. , lekarzy-jeńców, zarządzającego dezynfekcją urzędnika Sokala, komendanta łaźni i przeczytawszy im zaległe rozkazy poleciłem natychmiast je wykonać, zaznaczając, iż za niewykonanie będę nie tylko karać swoją władzą, ale będę meldować do Szefostwa. Po odprawie odwiedziłem chorych w izbie chorych i zbadałem kilku chorych ambulatoryjnych. O 14-ej wyjechałem do Warszawy z bólem głowy i zdaje się z odnowioną malarją.

17.X.1920 Warszawa

Udałem się do Rembertowa, gdzie stwierdziłem, iż mój rozkaz o posterunku przy studni nie jest wykonany o czem musiałem zameldować do Szefostwa. Wstąpiłem do izby chorych i do chorej żony jakiegoś urzędnika wojskowego

i wróciłem do Warszawy, gdzie wieczór spędziłem z książką.

18.X.1920 Warszawa

Dziś ogólny strajk protestujący przeciw wprowadzeniu instytucji prawodawczej – Senatu. Faktycznie odczuwa się tylko strajk tramwai, bo światło jest, woda też,sklepy i restauracji otwarte, urzędy państwowe i prywatne czynne. Zawdzięczając strajku tramwai musiałem piechotą sypać na dworzec Brześćski i spóźniłem się na pociąg, a mając poważną pracę w Rembertowie ruszyłem tam piechotą. (…) W izbie chorych zameldowano mi, iż dziś ma przyjechać brat lekarza garnizowanego, którego czasowo zastępuję. Za parę chwil zjawił się kpt. Milikowski wręczając mi rozkaz, że jest przydzielony na miejsce swego brata, a tem samem na moje czasowe miejsce. Jednocześnie doręczył mi rozkaz Szefa,

iż pozostaję narazie Naczelnym Lekarzem obozu jeńców do czasu przeniesienia obozu z Rembertowa. Oczywiście taki przydział nie bardzo mi zasmakował i postanowiłem udać się do Szefostwa z prośbą zwolnić mnie z tego stanowiska. Do Warszawy wróciłem ponownie piechotą i o 14 m.30 byłem u Szefa, ale Szef już zwiał do domu. Skierowałem się do kpt. Baranowskiego meldując mu, iż na moje miejsce do Rembertowa przybył kpt. Milikowski. Baranowski  powiedział mi, iż zrobił to celowo, by dać mi przydział do pułku artylerji najcięższej, ale szef sanitarny gen. Reglioni nie podpisał przydziału, mówiąc , iż prosi mnie narazie pozostać w Rembertowie i doprowadzić obóz jeńców do pełnego porządku. Zdziwiła mnie ta prośba po zagrożeniu parę dni temu sądem i spytałem Baranowskiego : „ A jakże sąd! „ – „ Et, niech kolega nie zwraca uwagi na gadanie starego. On sam teraz mówi,że kolega nie jest winien zupełnie „. Od Baranowskiego wstąpiłem do Stefanowicza po instrukcje co do obozu jeńców i jeszcze raz usłyszałem, że generał zmienił zdanie i prosił przeprosić,

iż bezpodstawnie wpadł na mnie.

19.X.1920 Warszawa

Dziś mam w Rembertowie komisję sanitarną, którą chciałem zepchnąć na kpt. Milikowskiego, ale on jeszcze nie objął garnizonu i musiałem przewodniczyć komisji. Komisja rozpoczęła pracę o 9-ej i pracowała do13-ej. Podczas inspekcji robiłem notatki, aby po komisji napisać dokładny meldunek. Dziś niestety nie mogłem zakończyć inspekcji, bo dużo mi zabrał czasu zdechły wół z obory, którą zarządza urzędnik wojskowy Zawadzki. Wypadek z wołem przedstawia się tak, wół zdechł, ale Zawadzki  zamiast zakopać go, jak wymaga tego przepis, postanowił zarobić na padlinie i kazał poczwartować go, aby sprzedać mięso. Nie powiodło się Zawadzkiemu, bo jak raz podczas czwartowania nadeszła komisja i sporządziła protokół oraz przeprowadziła dochodzenie, które wykazało, iż już nie pierwszy raz padlina idzie na rynek. Rozkazałem woła zakopać niezwłocznie, oblewając naftą, o wypadku wysłałem kurjerem meldunek i prośbę o niezwłoczne aresztowanie Zawadzkiego, co Szef i zarząd ził. Po komisji poszedłem do ambulatorjum obozu, gdzie spędziłem czas do pociągu z d-rem Inginsem.

20.X.1920 Warszawa

Dziś w dalszym ciągu przeprowadziłem inspekcję i o 12-ej skończyłem pracę, po której napisałem protokół inspekcji i wysłałem do Szefa. Mając czas do pociągu wstąpiłem do izby chorych, przyjąłem chorych i udałem się do chorego oficera francuskiego , wykładowcy w Szkole Aplikacyjnej Piechoty, mj-a Combour`a, u którego stwierdziłem tyfus plamisty. Wysłałem majora natychmiast do szpitala, a komendantowi kolumny dezynfekcyjnej Sokalowi poleciłem przeprowadzić niezwłocznie odkażenie pokoju i rzeczy majora. U drugiego oficera francuskiego stwierdziłem malarję i na jego prośbę pozostawiłem go w mieszkaniu , zapisując mu kurację. (…)Odezwałem się od tego Sokola, że był w Rembertowie gen. Religioni i przyznał się w obecności wszystkich, że w Rembertowie nie było cholery i to napróżno tylko był podniesiony alarm. Nie rozumiem – narobił hałasu, awantur, wysłać całą komisję do badania, posłać bakterjologów, grozić sądem,

a ostatecznie dowiedzieć się że chory nie był z Rembertowa – czyż nie lepiej było rozpocząć od tego ostatniego.

21.X.1920 Warszawa

Wysłałem do Szefa wniosek w sprawie zarządzeń sanitarnych: przydzielenie do każdego budynku koszarowego i kuchni specjalnych sanitarjuszy, którzy będą odpowiedzialni za wykonanie przepisów sanitarnych, polecenie oddziałom całego D.O.G. mieć wodę przegotowaną do picia. O 20-ej wróciłem do Warszawy.

23.X.1920 Warszawa

(…) Ustaliłem, że z Rembertowa nie było chorych na cholerę, jak nie było ich i z oddziałów wojskowych garnizonu. Wykaz cholerycznych w/g wzoru danego mi przesłałem Szefowi. Z braku cholery w Rembertowie obóz jeńców tutejszy  ma być przeniesiony do Różan, a zprzeniesieniem go dostanę inny przydział. Dziś wieczorem do Różan wysyłam 400 jeńców i dwóch lekarzy jeńców, jutro rano odejdą ostatnie jeńcy i pozostanie w Rembertowie tylko d-wo obozu, jeden lekarz-jeniec

i 5-iu sanitarjuszy, którzy za parę dni też pojadą do Różan. W dniu dzisiejszym kończę moją pracę w Rembertowie i moje spacery tu. Przed wyjazdem wstąpiłem do d-wa garnizonu po swoje papiery, zatrzymałem się tam do 12-ej i nie czekając na pociąg wróciłem do Warszawy piechotą. W Warszawie złożyłem Szefowi meldunek o likwidacji obozu jeńców i o wypadkach cholery, zaznaczając, iż w Rembertowie cholery nie było, na co otrzymałem odpowiedź: „Wiem że w Rembertowie  nie było cholery“. Mało nie zapytałem generała: „Po cóż straciłem dwa dni i nie czuje nóg pod sobą, jeśli i bez tego generał wiedział, iż cholery u mnie w garnizonie nie ma”. Otrzymałem polecenie złożyć wyczerpujący meldunek na piśmie, a po przedział zwrócić się do kpt. Baranowskiego. Baranowski powiedział mi, abym przyszedł po przydział w poniedziałek. Do poniedziałku jestem wolny i mogę odpoczywać dwa dni, nie myśląc o cholerze i nie latając w poszukiwaniu jej.

Blisko 2 tygodnie ciężkiej pracy, by człowiek miał godne warunki, niezależnie od tego po której stronie wojny polsko-bolszewickiej się znalazł. Dr. Andrzej Kosiński pokazał swoją postawą i zaangażowaniem jak ważne jest, by nie zapominać o człowieczeństwie, nie kierować się nienawiścią, nietolerancją czy uprzedzeniami.